W zeszłym tygodniu odbyła się pierwsza edycja Hells Bells Festival. Idea połączenia punka z metalem wydawała mi się bardzo interesująca. Wprawdzie są tacy, którzy nie podzielają tego, niemniej wierzyłem, że ta koncepcja wypali. I tak się stało.

Wielkościowo to bym określił mianem okrojonej wersji Mystica. Generalnie tam trzy sceny były: Main Stage, Frozen Stage, Illusion Stage. Dużym plusem jest ich rozmieszczenie. Żadne z nich nie nachodzi na siebie, jeśli chodzi o dźwięk.

Jeśli chodzi o mój repertuar festiwalowy, to moje festiwalowe szaleństwo rozpoczęło się od Discharge. Brytyjska legenda d-beatu zaprezentowała swoje największe hity, takie jak „Hear Nothing, See Nothing, Say Nothing”, „Protest and Survive”, „A Hell On Earth” czy choćby mój ulubiony „Never Again”. Przy ostatnim to momentalnie wskoczyłem w pogo. Generalnie mi się podobał ich występ.

Jako następne poszło NunSlaughter – ikona amerykańskiego death metalu. I to nie tego super technicznego, ale takiego prymitywnego i łupiącego po mordzie niczym bokser wagi ciężkiej. Promowali swoje najnowsze wydawnictwo pt. „Satanic Chaos Legions”. Pomimo 40-letniego stażu na scenie nadal było czuć ten ogień z czeluści piekieł. Na koniec były przybijanie piątek z panami z Nunslaughter, zdobywane nalepki, robione fotki 😁

Pierwsza dziara

Potem miałem przerwę na zapoznanie się ze stoiskami z merchem, na wrzucenie czegoś na ząb, a nawet na zrobienie swojego pierwszego w życiu tatuażu. Miałem okazję go zrobić dzięki ElectricSheep, gdzie trafiłem na fajną, sympatyczną Zosię, którą serdecznie pozdrawiam.

Po zrobieniu dziary poleciałem na Main Stage. A tam pojawił się kolejny band, niemiecki Grave Digger. Legenda heavy/power metalu. Zaprezentowali swoje hiciory w postaci „Circle Of Witches”, „The Grave Dancer” czy choćby „Scotland United” z ich klasycznej płyty „Tunes Of War”. Chris Boltendahl, mimo swojego wieku, wykazał się dobrą kondycją wokalną. Na zakończenie poszedł tytułowy numer z ich debiutu, czyli „Heavy Metal Breakdown”.

Na koniec pierwszego dnia festiwalu weszła Furia. Kapela, która ma już wyrobioną renomę wśród fanów polskiego blacku. Tak jak nie słucham na co dzień black metalu, tak tutaj dosłownie odleciałem. To była taka wręcz klimatyczna, muzyczna podróż. Jednym to się podoba, a innym nie. Dla mnie to był bardziej taki dodatek niż punkt obowiązkowy festiwalu. Ale jako zakończenie pierwszego dnia festu było spoko.

Durgiego dnia było już nieco ciekawiej.

Na pierwszy ogień poszedł Frank Blackfire i jego zespół solowy. Ci, którzy go widzieli, mieli okazję usłyszeć na żywo największe hity Kreatora i Sodom z czasów, gdy Blackfire grał w tych zespołach. Było między innymi „Coma Of Souls” połączony z „People Of The Lie”, „Agent Orange”, „Bombenhagel” czy choćby „Ausgebombt” śpiewane po niemiecku. Przy ostatnim Frank mylił słowa i zagrali ten kawałek nieco krócej niż zwykle. Mimo tej wpadki występ zespołu Franka Blackfire’a mi się podobał. Tylko publika była jakaś taka nieruchliwa. 😜

Potem była przerwa na uzupełnienie płynów, z racji panującego w tym czasie strasznego upału schroniłem się pod parasolem gastro naprzeciwko sceny Frozen Stage. Po jakimś czasie na scenie pojawił się Belzebong. Promowali swój najnowszy longplay pt. „The End Is High”. Prawdziwa stoner/doomowa odyseja zaprawiony mocno psychodelicznym klimatem. Jeszcze pewnej roślinki brakowało do kompletu, ale i bez tego odleciałem przy takiej muzyce 😁 Jednak niestety musiałem przedwcześnie ruszyć pod główną scenę zająć dogodne miejsce. Dlaczego?

Albowiem tam właśnie zagrał Possessed!

Tego zespołu chyba nie muszę przedstawiać. Ci prekursorzy śmierć metalu zawitali do Szczecina i choć słońce mocno grzało, to przez niemal godzinę było jeszcze goręcej jak w piekle. Zespół zagrał zarówno klasyki pokroju „Seven Churches” i „Beyond The Gates”, jak i również numery z ich powrotnego longplaya „Revelations Of Oblivion”. Jeff na wózku i opaską na oku wykazał się nie tylko dobrą formą wokalną, ale też sceniczną charyzmą. Niejednokrotnie wchodził w interakcje z publiką, nawet w pewnym momencie wskazał na mnie i zwrócił uwagę na moją czerwoną bandanę, którą miałem wtedy na głowie 😜 chyba mu się podobała. W każdym razie tutaj publika była coraz ruchliwa, bo zrobił się młyn pod sceną. Sam dołączyłem do nich w momencie, gdy Possessed zaczął grać „Graven” z ich najnowszej płyty.

Generalnie Opętani grali naprawdę super koncert, mimo początkowych problemów technicznych (nie było słychać wokalu). Było gorąco niczym w piekle, a na koniec poleciały kostki i setlisty w publikę.

Potem poleciałem w stronę Frozen Stage I czekając na występ owls woods graves uciąłem małą pogawędkę z tatuażystami z Electric Sheep. Ale potem poszedłem w stronę sceny, gdy zaczęła black/punkowa jazda. Punktem kulminacyjnym było odegranie „Antichristian Hooligan”. Wtedy poszły ruch szaliki, a nawet została odpalona raca. Dosłownie jak na meczu pilkarskim. Na zakończenie poszedł „Diabeł”.

Ale najlepsze miało dopiero nadejść…

Na głównej scenie pojawił się słynny ex-wokalista zespołu ACCEPT, Udo Dirkschneider (official) razem ze swoim zespołem. Na początek zabrzmiało „Metal Heart”, chyba największy hicior Accept, następnie „Midnight Mover”, ale głównym clue występu był odegrany w całości album „Balls To The Wall”. Oj, śpiewało sie chórki, wykrzyczało sie refreny. Poleciały między innymi tytułowy, moje ulubione „Losing More Than You’ve Ever Had” czy „Love Child”. A na bis poszedł „Princess Of The Dawn” z albumu „Restless And Wild”.

Tutaj Udo miał świetny kontakt z publiką, no i wokalnie dał sobie radę, mimo, że jest po 70-stce. Mały człowiek o potężnym głosie, jak powiadają.

Ogólnie super się bawiłem, jedynie, czego mi brakowało, to mojego absolutnego killera „Fast As A Shark” 😔 No cóż, nie można mieć wszystkiego.

Hells Bells – koncert legendy

I w ten sposób doszliśmy do końca drugiego dnia, a zarazem końca Hells Bells Festivalu. Jak taki fest zakończyć, to już konkretnie. Nie bez powodu wybór padł na Vader. Prawdziwa legenda polskiego death metalu. Ciekawe było to, że pojawił się jako KWINTET! Tak, Tak! A na scenie i pod sceną – totalny ogień! Vader pokazał, na co ich stać, że mimo długiego stażu na scenie można grać na światowym poziomie. Oczywiście oprócz swojego repertuaru pojawiły się smaczki w postaci coverów. Mowa tu o „Wyroczni” Kata oraz o Slayerze. O Panie, co to był za koncert!

EKSTRAKLASA!

W momencie, gdy kierowałem się do wyjścia, usłyszałem, że ktoś grał poza terenem festiwalu oraz fajerwerki. Gdy już wyszedłem, zobaczyłem srebrną furgonetkę, a na jej dachu jakiś zamaskowany gość grał na basie. Okazało się, że to był Poor Kids’ Sweets grający punkopodobną muzykę. Trafił nam się bonusowy wykonawca 😁

Hells Bels – podsumowanie

Reasumując, bardzo mi się podobało na Hells Bells Festival. Muszę tutaj pochwalić nie tylko samą organizację wydarzenia, ale też o ideę połączenia punka i metalu. Bardzo mi się podobał, że w tak upalny czas był dostęp do wody pitnej, postawiono kurtynę wodną, a nawet można było schronić się w klimatyzowanym budynku, w którym mieściła restauracja, strefa gier retro, stoiska z merchem oraz Illusion Stage.

Zawsze mówiłem, że zabawa zabawą, ale zdrowie najważniejsze.

Ewentualnie można by popracować nad strefą gastronomiczną. Na terenie festiwalu oprócz restauracji był jeden food truck. Wprawdzie było jeszcze kilka takich punktów, ale poza terenem festiwalu.

Pierwszą edycję Hells Bells Festival uważam za bardzo udaną i przyznaję, że to ma naprawdę duży potencjał. Zwłaszcza, że na tej edycji zagrały kapele wielkiego formatu. Frekwencja również dopisała. Wprawdzie nie to samo, co Mystic, natomiast kilka tysięcy ludzi było. Udało mi się zdobyć kilka cennych pamiątek oraz nowe doświadczenia muzyczne. Co przyniesie kolejna edycja, czas pokaże.

Dziękuję pięknie organizatorom za możliwość uczestniczenia w tym wydarzeniu oraz Arek Pawlak i Justyna Ogorzałek za wspólną zabawę.

Trzymam kciuki za następną edycję Hells Bells Festival.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *