Zapewne wielu z Ewentualnych Czytelników wyczekiwało z niecierpliwością poniedziałku. Jedni mieli nadzieję, że banda szkodników zostanie odsunięta od rządzenia. Inni mieli nadzieję, że oświecony prezydent nadal będzie grzał swoim blaskiem całą stolicę. Pomimo mobilizacji, podpisów zabrakło i referendum nie będzie. Zebrano 111 000 podpisów, a wymagane były 132 000. Co więc poszło nie tak? Sprawdźmy.

Wakacyjne referendum
Nawet wśród współorganizatorów referendum często podnosił się argument, że wakacje to niefortunny czas. Wiadomo, że wtedy wyjazdy są częstsze. Czy to jednak jest najważniejsza przyczyna? W końcu zbieranie podpisów trwało niemal do końca września, czyli już po okresie wakacyjnym. Mało prawdopodobne jest również, że wszyscy Warszawiacy, uprawnieni do udziału, wyjechali na cały ten czas.
Niemniej jednak, lato nie sprzyja zaangażowaniu w sprawy polityczne. Panuje rozprężenie, chęć zaznania odpoczynku. Ludzie wolą się relaksować niż śledzić wydarzenia.
Dychotomia polityczna
Deklarując chęć zbierania podpisów, często słyszałam, że jestem krypto-konfiarzem. Otóż nie. W sensie poglądów gospodarczych jestem po lewej stronie i WŁAŚNIE DLATEGO chciałam odwołania obecnej władzy. Często słyszałam jednak, że całe to referendum to ustawka pisiorów, którzy przy wsparciu skrajnej prawicy chcieliby wsadzić na to stanowisko swojego kandydata. Taki wizerunek podtrzymywali niektórzy wolontariusze, zachęcając do odwołania „lewackiego prezydenta”.
No i tutaj robi się problem. Wiele osób w prywatnych rozmowach również wyrażało antypatię wobec prezydenta miasta i jego ferajny, ale podpisać się nie chciało. Dlaczego? Bo nie podobał im się organizator. Bo referendum jest popierane przez Konfederację. Bo odwołanie władz nominowanych przez Koalicję jest rzekomo wyrażeniem poparcia dla PiS. Oczywiście nic z tych rzeczy, ale naród dał się wciągnąć w POPiSowską wojenkę.
Co ciekawe, sami organizatorzy referendum chcieli pozostać ruchem oddolnym i niezależnym, nie skorzystali więc z pomocy partii opozycyjnych. Z jednej strony, mogło to przekonać do referendum osoby, które nie chcą być utożsamiane z prawicą. Z drugiej zaś – w takiej sytuacji organizatorzy mają mniejsze zasoby finansowe i logistyczne.
Natomiast mnie osobiście bardzo nie spodobało się rozstawianie punktów zbiórki w niedziele w okolicach kościołów. 1 sierpnia również powinien pozostać apolityczny, a wtedy właśnie, niedaleko placu Piłsudskiego, szczególnie intensywnie zbierano podpisy. Moim zdaniem był to wizerunkowy strzał w stopę. Nie tylko kojarzyło to całą akcję z określoną opcją polityczną, ale również zniechęcało do podpisu osoby, które w innych okolicznościach może by się podpisały.
Twardy elektorat
Nie wszyscy, którzy odmówili złożenia podpisu, są nieuświadomieni politycznie. Rafał Trzaskowski ma szeroką rzeszę zwolenników. I nic w tym dziwnego. W PR to on umi. To znaczy, pewnie on sam nie umi, ale ma od tego ludzi. Zwolennicy Trzaskowskiego wierzą, że jest on w stanie stworzyć nowoczesne, europejskie i otwarte miasto. Szkoda, że nie widzą, że człowieka w tym coraz mniej. Rafał jest ładną kukiełką, mówi w obcych językach, ładnie składa rączki, nosi dopasowane garnitury. Może być uważany za przystojnego mężczyznę.
Poza tym, wiele osób kojarzy go przede wszystkim z wyborami prezydenckimi, kiedy przeciwko niemu stanął Nawrocki. Sama w drugiej turze, owszem, głosowałam na Trzaskowskiego. Główną motywacją była chęć pozbycia się tego szkodnika z Warszawy. Zgodnie z tak zwaną zasadą subsydiarności, głowa państwa pełni głównie funkcję reprezentacyjną, a w tym Rafau sprawdziłby się idealnie. Jako prezydent Polski narobiłby mniej szkód, niż będąc prezydentem Warszawy.
Jeśli brzmi to absurdalnie, przypomnijmy sobie czasy PiS. Kto był wtedy głównym symbolem całego obozu władzy — Duda czy Kaczyński? Duda uchodził za „długopis”. Cała odpowiedzialność symbolicznie spadała na Kaczyńskiego.
Dla części mieszkańców Trzaskowski nie jest po prostu prezydentem Warszawy. Jest elementem większej tożsamości politycznej. Atak na niego odbierają jako atak na cały obóz polityczny, z którym się identyfikują.
Jeśli nie Rafau, to kto?
Wspomniałam już o tym, że wiele osób wyznaje zasadę „oni albo my”. Idąc tym tokiem rozumowania, jeśli nie chcemy mieć Trzaskowskiego za prezydenta, to chcemy kogoś z przeciwnej opcji politycznej. Tłumaczyłam wielokrotnie, że to nie jest zerojedynkowe, i że mimo „serca po lewej stronie”, zdecydowanie nie popieram obecnej władzy. Pytano mnie wówczas: no to kto na jego miejsce?
I to jest bardzo ważne pytanie. Na które nie umiałam odpowiedzieć.
No bo przecież nie chcę, żeby prezydentem miasta został jakiś pisior albo konfiarz. Ale nie chcę też, aby był to ktoś z partyjnej miejskiej pseudolewicy. Jestem przeciwko SCT, prohibicji, płatnym parkingom, zwężaniu jezdni, likwidacji tuneli i przejść podziemnych, i w ogóle utrudnianiu życia kierowcom – a tego właśnie pseudolewica chce.

No to kto?
Idealnie, gdyby pojawił się jakiś bezpartyjny, znający potrzeby mieszkańców kandydat. Najlepiej ja. Żartuję sobie, no ale kurde, przecież bez zaplecza partyjnego nie da się ot tak zostać prezydentem. Trzeba mieć pieniądze na kampanię, jakąś rozpoznawalność, czyjeś poparcie.
Propaganda sukcesu
Miasto Stołeczne Warszawa musi wydawać kupę kasy na propagandę. Jak podejrzewam, kupili sobie wiele stołecznych portali internetowych, które niczym papugi powtarzają slogany o „zielonym mieście”. Rada Miasta chętnie chwali się swoimi sukcesami. Możemy je oglądać na ekranach w metrze, autobusach, tramwajach, podmiejskich pociągach… Nic więc dziwnego, że nieuświadomione politycznie osoby uznają to za prawdę objawioną.

No bo rzeczywiście, ładny ten folder reklamowy pod tytułem „Warszawa”. Przychylne władzy media nie pokażą:
- kamienic bez centralnego ogrzewania;
- eksmitowanych lokatorów;
- dykt w oknach na Osiedlu Przyjaźń;
- lokalnych małych sklepików, które splajtowały po prohibicji;
- niedostatku publicznych toalet;
- kierowców, z których zdziera się ostatni grosz (nie, kierowcy to nie burżuje – może to studentka, która uciułała w wakacje za granicą na swoje pierwsze auto, a teraz słyszy, że jest w mieście niechciana?);
- korków, które tworzą się przez kolejne woonerfy i zwężenia jezdni;
- greenwashingu, podczas gdy rzeczywista zieleń jest niszczona;
- panoszenia się deweloperów;
- niebotycznych czynszy, których regulowania miasto nawet nie podejmuje próby;
- prania publicznych pieniędzy, korupcji, nic nie wnoszących „prestiżowych” inwestycji.

O tym, jak dobrze działa propaganda, przekonałam się podczas zbierania podpisów. Pewna osiemnastolatka powtórzyła slogan o zielonym mieście. Wyjaśniłam jej, że w wykonaniu tej władzy zazielenianie miasta to kolejna Żabka w deweloperskim bloku.
PODPISAŁA.
Organizatorzy referendum natomiast takich funduszy nie mieli. Ktoś, kto nie siedzi w polityce na co dzień, mógł w ogóle nie wiedzieć, o co chodzi. Od afery ze Szpitalem Południowym zdążyło upłynąć trochę czasu, a moment polityczny mija. Zabrakło zatem jednego, konkretnego hasła. Oczywiście powodów mogłabym wymienić całą listę, ale przechodnie niekoniecznie mają czas i ochotę na analizowanie politycznej rzeczywistości.
Początkowo zbierający nie mieli również zgody na stosowanie nagłośnienia, co wymagało konieczności tłumaczenia celu zbiórki każdemu z osobna. Slogan o „piękniejącym mieście” ma się dobrze. Zresztą przekonywanie do podpisania się osób, które i tak popierają obecną władzę, to strata cennej energii. Grunt w tym, żeby przekonać nieprzekonanych. A obojętni przechodnie, widząc napis SOR, nie pomyślą o Stołecznej Operacji Referendalnej, tylko, zapewne, o jakiejś zbiórce na szpitale…
Prognozy podawane przez organizatora również przez większość czasu były optymistyczne.
Formalności związane z referendum
Samo doprowadzenie do referendum nie jest proste. Oprócz konieczności zgromadzenia odpowiedniej liczby podpisów, czas ograniczony jest do trzech miesięcy. To w sumie niewiele. Mieszkamy w Warszawie: wielu z nas meldunek ma gdzie indziej bądź nie ma go w ogóle, a okręg głosowania w jeszcze innym miejscu.
Sama zmieniłam swój okręg dopiero wtedy, gdy kandydowałam na radną. I nie dlatego, że nie chciałam. Po prostu codzienne życie i formalności związane z miejscem zamieszkania to dwie różne rzeczy.
Niektóre umowy najmu nie uprawniają do tego, by starać się o możliwość głosowania w mieście. Możesz być (importowanym) Warszawiakiem, mieszkać, płacić podatki i uważać to miasto za swoje – ale to nie wystarcza.
Warszawa już raz próbowała odwołać swojego prezydenta. W 2013 roku głosowanie się odbyło, ale frekwencja wyniosła 25,66 proc. przy progu 29,1 proc. Z tych, którzy poszli do urn, za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz zagłosowało ponad 322 tys. osób, a przeciw niecałe 18 tys. Ci, którzy chcieli zmiany, w zdecydowanej większości głosowali. Zabrakło reszty
I być może właśnie tutaj kryje się jeden z problemów, o których przy okazji referendum mówiło się zdecydowanie za mało: Warszawa jest miastem ludzi mobilnych, napływowych i często formalnie związanych z więcej niż jednym miejscem. Procedury nie zawsze nadążają za tym, jak naprawdę wygląda życie jej mieszkańców.
Pytanie, co doprowadziło do klęski referendum, pozostawiam otwarte. Zachęcam do dzielenia się swoimi przemyśleniami w komentarzach.
I wybaczcie mi te gówniane, AI-owe obrazki, ale nie za bardzo umiem w grafikę.