Nie zaskoczę chyba nikogo, jeśli stwierdzę, że aparat państwowy zdelegalizował dość duży wachlarz możliwych do realizowania pasji i zainteresowań. Nie jest legalny drifting zimą na pustym parkingu, nie jest legalne szukanie monet pod ziemią wykrywaczem metali, nie jest też legalna gra w pokera na pieniądze, tego jest dosyć sporo, gdyby tak usiąść i się nad tym dłużej zastanowić. A poniżej opiszę jedno z zainteresowań pewnej grupy ludzi, które to zainteresowanie zmuszeni są realizować w ukryciu i w tajemnicy, ponieważ antywolnościowe prawo także i w tym temacie uniemożliwia ludziom legalne realizowanie pasji, która podobnie jak w przypadku łażenia z wykrywaczem metali łatwo łączyć się może z pewnym drobnym zarobkiem.

Otóż chodzi mi o odzysk metali kolorowych z elektroniki na własną rękę, który oficjalnie jest nielegalny z powodów, jak to zwykle bywa gdy potrzeba szybkiej i prostej wymówki, środowiskowych. To znaczy nie zaprzeczam, chemiczny odzysk metali takich jak złoto, miedź, srebro czy jakiś wolfram z elektroniki na pewno ma jakiś dający się odnotować wpływ na środowisko, ale na litość, no ileż tych toksycznych ciężkich metali przedostanie się do gleby lub powietrza? Przecież to są jakieś marginalne wartości, na tej samej zasadzie aparat państwowy mógłby zakazać używania lutownicy, bo przecież na przykład gumowa izolacja przy przewodach ulega wówczas częściowemu roztopieniu, uwalniając substancje toksyczne i rakotwórcze.

Co ciekawe, nie ma jasno sprecyzowanej kary za samodzielny odzysk metali z elektroniki, w internecie wyczytałem, że po prostu grozi za to grzywna. Znalazłem natomiast informacje, że może za to grozić dodatkowo kara 5000zł, jeśli służby podepną odzyskiwanie metali pod niewłaściwą gospodarkę odpadami elektronicznymi. Tu pojawia się kolejny narażający nas na sankcje karne przepis – otóż obywatelu, jeżeli wyrzucisz do ogólnego kosza na śmieci zwykły zegar tarczowy lub interaktywną zabawkową lalkę, grozi za to 5000zł kary.

Odzysk metali z elektroniki – ile można na tym zyskać?

Podobno na odzysku metali z elektroniki w warunkach domowych można zarobić niewiele, stąd też jest to raczej działanie hobbystyczne niż próba istotnego wzbogacenia się. Jeśli w warunkach przemysłowych korporacja odzyskuje metale z elektroniki, to wiadomo, że zysk może iść w tysiące lub miliony, ale jeden pasjonat chemii i elektroniki w warunkach domowych żyć z tego raczej nie będzie. Dlatego nielegalność tejże czynności uderza stricte w pasjonatów i zapaleńców chcących realizować swoje pasje, którzy przy obecnym stanie prawnym także przecież to czynią, z tym że nielegalnie, być może czasem nawet nie zdając sobie z tego sprawy. A zasłanianie się przepisami środowiskowymi jest dla mnie w tym wypadku zwykłą wymówką do granic absurdu wyolbrzymiającą zagrożenie.

Na tej samej zasadzie, z powodu rzekomej ochrony środowiska, zakazano kiedyś sprzedaży termometrów rtęciowych. No błagam, ludzie, ileż tej rtęci jest w takim termometrze i ileż tych termometrów finalnie się stłucze? To są jakieś marginalne wartości które w marginalnym stopniu wpływają na środowisko. Korporacje, fabryki i inne obiekty przemysłowe podczas produkcji czegoś szkodzą środowisku w miliony razy większym stopniu niż taki jeden obywatel, który próbuje odzyskać srebro z elektroniki, albo niż obywatel, któremu stłucze się termometr rtęciowy. Albo także niż młody obywatel, który postanowił polutować ze sobą kabelki, diody i oporniki w garażu, bo lubi to robić.

Dlatego jestem zwyczajnie za zalegalizowaniem czynności polegających na odzysku metali z elektroniki w warunkach domowych, a przy okazji za zalegalizowaniem sprzedaży termometrów rtęciowych, skoro już ten temat też się tu pojawił. Nie może być tak, że obywatelowi zakazuje się z powodów środowiskowych wykonywania czynności, które w sposób niewyobrażalnie wielokrotnie razy mniejszy wpływają na środowisko, niż działania przeciętnej fabryki czy korporacji produkującej coś na dużą skalę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *