Mało co mnie tak drażni, jak maniera cenzurowania w mediach społecznościowych słów zupełnie niewulgarnych. Cenzura podyktowana jest, rzecz jasna, algorytmami tychże. Co nie sprawia, że jest to mniej wnerwiające.
Sama w swoich wypowiedziach niejednokrotnie pisałam „szk*ła” czy „l*ceum”, aby podkreślić swój brak sympatii do tych instytucji. Ma to jednak wydźwięk humorystyczny i służy wspólnocie myśli z osobami, które pobyt w placówkach oświatowych wspominają równie traumatycznie, co podkreślano w komentarzach.
Jednak poważne media, piszące o poważnych sprawach, nie powinny bawić się w jakieś durne gwiazdki. Ale, niestety, muszą. Ponieważ…
Cenzura zrzuca film
Wszystko zaczęło się, o ile dobrze mi się zdaje, od youtube’a. Oglądając chyba z rok temu iceberga o Warszawie, zdumiałam się. Czemu sformułowania typu „zaschnięta krew w budynku ZMP” czy „samospalenie Ryszarda Siwca” są wyciszane? Przecież to też jest historia Warszawy, której nie powinno się przemilczać!
Otóż, jak się dowiedziałam, użycie tych „strasznych” słów prowadzi do demonetyzacji kanału. Niezależnie od kontekstu… Pozostaje pytanie:
Co za idiota to wymyślił?
Trudne tematy poruszać można i należy. Kontrowersyjne również. Czy chodzi o ochronę najmłodszych przed nieodpowiednimi treściami? Wolne żarty. Przeglądając shorty na youtube czy facebooku można się nieźle wkurwić, kiedy nagle słyszymy: PIIIIP!. I ten pisk nie zastępuje wcale jakiejś „kurwy” czy „pierdolenia”, a jakieś pospolite słowo. Elektroniczne <PIIIIP!> (papierosy) wycofane ze sprzedaży. Nauczycielka dorabiała sobie na <PIIIIP!> (onlyfansach). AU, MOJE USZY!!!

Internetowy WDŻ
Kiedy po raz pierwszy zetknęliście się z tak zwanym uświadamianiem? Prawdopodobnie było to na lekcji przyrody. To wtedy uczyliśmy się, że o intymnej sferze życia nie należy mówić wulgarnie. I że słowa typu „penis”, „prezerwatywa”, „seks” czy „dziewictwo” opisują rzeczy zupełnie naturalne. W praktyce oczywiście cała sala chichotała.
Brak właściwej edukacji seksualnej potrafi się ciągnąć latami. Otóż na studiach prowadziłam prezentację o uzależnieniach behawioralnych, w tym także o seksoholizmie. I wiecie co? Cała sala STUDENTÓW chichotała.
Skoro w szkołach ma pojawić się „edukacja zdrowotna”, która – jak mniemam – obejmować będzie również edukację seksualną, to…
To będziemy uczyć dzieci o seksualności człowieka w sposób neutralny – a później wejdzie ono w internet i zobaczy, że słowa używane na lekcji są cenzurowane. Widzę tu pewną sprzeczność.
Jak w tym powiedzonku: w szkole uczą nas, żeby mówić głośno i wyraźnie, a potem nas uciszają. Czy jak to tam szło.
#MeToo
Kiedy pojawił się ruch #MeToo, kobiety zaczęły wprost mówić o doświadczeniach przemocy seksualnej. Wydawałoby się, że ta kwestia przestanie być społecznym tabu, a sam ruch zainicjuje na większą skalę walkę z przemocą.
Niestety kilka lat później zaczęłyśmy znowu być… uciszane.
Nie można już wprost powiedzieć, że było się molestowaną albo przeżyło próbę gwałtu, bo te straszne słowa są widać straszniejsze od samego zjawiska. Nie można mówić o myślach samobójczych, samookaleczeniach, uzależnieniach czy głębokiej depresji. Admini przestrzegają: usuń to zdanie, bo grupa spadnie!
Tak więc osoby, które mierzą się z tego rodzaju trudnościami i odważyły się o nich mówić, muszą te swoje traumy ponownie wepchnąć do sfery tabu.
Żymianie
Niektóre sposoby cenzurowania słów są nawet zabawne. Pedofil to „PDF” albo „pterodaktyl”. „Żymianin” to sami doskonale wiecie, co znaczy. Zuckerberg jest Żydem i informacje o poczynaniach państwa Izrael nierzadko są blokowane. Seks to „keks”. Pewnie przykładów znalazłoby się więcej.
Pozostaje pytanie: po jaką cholerę?
Podczas, gdy prawdziwe ofiary internetowego hejtu są ignorowane?
Sama tego, niestety, kilkukrotnie doświadczyłam. Wystarczą, niestety, pozostałości inteligencji (bo inaczej hejterów nie określę) by bezkarnie zmieszać kogoś z błotem. Wystarczy nie używać słów, które algorytm może wychwycić. I zgłaszanie tego nic nie da, bo…
„Post nie narusza Standardów Społeczności”.
Tak, tak, dobrze czytacie. Hejt w białych rękawiczkach nadal jest hejtem. Tyle, że nikt takiego posta nie „zrzuci”, bo nie jest „zuccable”. Podobnie niektóre maDki, publikujące zdjęcia kompletnie gołych bombelków, pozostają bezkarne.
Aż mi się przypomina, co powiedział Dumbledore do Harry’ego: strach przed imieniem wzmaga strach przed samą rzeczą. Dlatego Voldemorta nazywał Voldemortem, a nie „sam-wiesz-kim”.
