Kwitną kasztany, co dla mnie oznacza rychłe pojawienie się innych alergenów, a dla maturzystów – zbliżanie się tego „strasznego” egzaminu. A może wcale nie?
Trochę spóźniłam się z tym wpisem, gdyż termin składania deklaracji maturalnych minął już półtora miesiąca temu. Założę się jednak, że część Ewentualnych Młodszych Czytelników czuje się, jakby podpisała na siebie wyrok. Chyba, że czasy się (mam nadzieję) zmieniły – młodzież proszę o aktywność w komentarzach 🙂
Miecz Damoklesa nad głowami maturzystów
Dlaczego piszę o zmieniających się czasach? Dużo trąbi się o tym, że pokolenie Z – czyli między innymi osoby zdające teraz egzamin dojrzałości – mają na wszystko wyjebane. I ja – rocznikowo prawie millenials – gorąco im w tym wyjebaniu kibicuję.
Wychowali nas rodzice i nauczyciele dorastający w czasach, gdy studia były przeważnie gwarantem kariery zawodowej. Były jednocześnie trudne, o wiele bardziej niż obecnie. To dlatego przedstawicielom pokolenia boomerów często nie udawało się ich podjąć lub na nich się utrzymać. Egzaminy na studia odsiewały przypadkowych kandydatów, a brak punktów za pochodzenie mógł zaważyć na ewentualnym przyjęciu na uczelnię. Nierzadko niespełnione ambicje przelewali oni na potomka. A nauczyciele? Niegdyś do nauczania w szkole wymagane było li i jedynie studium nauczycielskie. Obecnie wymagania są większe.
Nasze pokolenie musiało na okrągło słuchać o tym, jak ważnym egzaminem jest matura i jak zaważy ona na naszym dalszym życiu. Były to jednocześnie roczniki z początków niżu demograficznego, a więc dostanie się do liceum nie było trudne.
Powołanie zawodowe?
Cóż to za pomysł, by o przyszłości decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?
powiedział kiedyś ktoś mądry.
Młodzi powinni jednak wiedzieć, że podjęty przez nich wybór nie jest ostatecznością. Maciek Bajkowski, współtwórca tego portalu, przekwalifikował się w wieku lat czterdziestu. Mnie do czterdziestki jeszcze daaaaaleeeeko, nie myślcie sobie – ale właśnie się przekwalifikowuję. Jestem magistrem socjologii, a zostanę deweloperem no-code. Tydzień temu zaczęłam staż, tak się tylko pochwalę. I jestem bardzo zadowolona.
Można? Można.
Ja jednak, mając te durne 18 lat, o tym nie wiedziałam. A mniej więcej od trzeciej klasy gimnazjum ze wszech stron sypały się natrętne pytania. Wszyscy nic, tylko męczą i jęczą o tej przyszłości, jakby polegała ona tylko na podjęciu wiążącej decyzji. A idę do ogólniaka, prawda? A co będę robić? A jakie studia? A jaki zawód? Kurwa, zawód to przeżyjesz w życiu niejeden!

Myślenie tunelowe – normalne jeszcze w tym wieku – wszechobecna presja, neoliberalne pierdolamento o byciu kowalem własnego losu, a także niezdiagnozowane ADHD wywoływało to wszystko razem u mnie ataki paniki.
Może i jestem kowalem własnego losu, ale co z tego, skoro nie umiem trafić do kuźni, a wszystkie wskazówki jeszcze bardziej gmatwają mi drogę?
Próba wymyślenia czegoś była jak wyciskanie wody z kamienia. Albo jak poszukiwanie Kubusia Puchatka, którego -im bardziej Prosiaczek zaglądał do norki – tym bardziej tam nie było.
Jakie jest, do cholery, moje powołanie zawodowe!?
10 lat później mnie olśniło. Powołanie zawodowe nie istnieje.
Zanim zamkniecie okienko, pozwólcie proszę, że dokończę tę myśl.
Istnieją różnorakie talenty, umiejętności, predyspozycje, pasje. Istnieją ludzie, którzy przekształcili swoje hobby w zarobek. Są też tacy, którzy wpadli za młodu na genialny pomysł, a teraz mają z tego profity. Pamiętajmy jednak, że to mniejszość.
Jak powiedział mój przyjaciel (i być może nowy redaktor), Tomek Crowley:
Dawniej praca definiowała człowieka. W dzisiejszej sprekaryzowanej rzeczywistości ciężko zbudować swoją tożsamość jako kierowca Ubera, kasjer z Żabki albo pracownik korporacji.
Nie ma już bowiem klasy robotniczej jako takiej. Working class pojawia się w piosenkach, na przypinkach, czasem na transparentach. I co? I nic. Proletariatu już praktycznie nie ma, jest prekariat. Ów prekariat zazwyczaj nie stanowi zwartej klasy społecznej, gdyż jest to
„klasa czasami pracująca”.
Czy chcę przez to powiedzieć, że klasę robotniczą szanuję, a prekariuszy nie? Ależ wprost przeciwnie. Chcę tylko podkreślić, że praca stanowi li i jedynie źródło utrzymania i nie definiuje tożsamości. Ma to zarówno swoje wady, jak i zalety.
Tak więc, maturzysto – nie daj sobie wcisnąć, że stoisz przed najważniejszą decyzją w życiu i determinuje ona twoje dalsze losy. Owszem, jest to decyzja ważna. Ale czy żyjemy tylko po to, by pracować? Nie! Nie musisz już teraz, zaraz, natychmiast wiedzieć, jaka branża cię interesuje.
Może z czasem przyjdzie olśnienie. Może odkryjesz w sobie pasję, którą przekujesz w zarobek. Może znienacka odkryjesz w sobie umiejętności, o których teraz nie masz pojęcia. Może zagospodarujesz jakąś lukę na rynku i zostaniesz przedsiębiorcą, bo przecież nie zostaliśmy stworzeni do tego, by robić na kogoś.
A może po prostu zdobędziesz solidny zawód, który przyniesie ci pieniądze, ale będzie to tylko źródło zarobku, 8 godzin do odbębnienia, a prawdziwe życie zaczyna się po pracy. I to też jest jak najbardziej w porządku. I jest normalne.
Dla maturzystów, cytat klasyka:
Olej rówieśniczą presję, realizuj swoje pasje
Slums Attack „Reedukacja”
Bo twój podwórkowy gang z wolna się wykruszać zacznie
Wspomnisz moje słowa, gdy za kilka lat skumasz
Nikt nie przeżył swego życia, tak jak pragnął akurat
Ty dla ziomków bądź w porządku, ale własne zdanie miej
Zapamiętaj słowo „nie”, podbij je stanowczym hej!
Zwróćmy jednak uwagę na zakończenie ostatniej zwrotki:
Pamiętaj edukacja i wartości rodzinne
Jak wyżej.
To solidny fundament, na tym oprzyj swój biznes
Bez tego jesteś słaby, ja nie miałem takiej szansy
Lecz nie zabrakło szczęścia i czynów nazbyt odważnych
Zapamiętaj to chłopak, że nie każdy będzie Ryśkiem
SLU, Reedukacja, uratować kilka istnień
Peja podkreślił, jak to często robi w swych tekstach, że do sukcesów doprowadziła go nie tylko pasja i praca, ale również łut szczęścia. I kilka ryzykownych, nierozsądnych decyzji.
Co chcę przez to powiedzieć? Warto wierzyć w siebie i dążyć do obranych przez siebie celów, ale nie wywierać na sobie presji, jeśli tych celów zawodowych – póki co- nie masz. Jeśli za wszelką cenę chcemy odkryć to swoje „powołanie”, to siłą rzeczy skupiamy się przede wszystkim na sobie. A to utrudnia nam rozejrzenie się wkoło i odnalezienie inspiracji.
Odnalezienie swojego powołania – życiowego, nie zawodowego – samo w sobie również jest celem. A jeśli jego osiągnięcie zajmie ci więcej czasu niż rówieśnikom – cóż, trudno.